o mnie
Krótko o sobie:
Na karku mam trochę ponad czterdzieści wiosen, chociaż jak to zwykle bywa w tym wieku,
mentalnie jestem w czasach początków mojego wspinania. A było to wiele lat temu...
O teraźniejszości przypominają mi na co dzień moja żona Renia oraz czwórka urwisów:
Iga, Igor, Zuzanka (formalnie Inez) i Hania.
Zawodowo zajmuję się zarządzaniem firmą, pracowałem przez wiele lat
jako manager, a czas wolny w całości wypełniało mi wspinanie i
prowadzenie szkoleń. Kilka lat temu rzuciłem pracę (lub jak kto woli na
odwrót) i teraz wyłącznie szkolę adeptów wspinania w skałkach, w
Tatrach latem i zimą, w Alpach i Dolomitach, a w wolnych chwilach
prowadzę trekingi poCzarnej Afryce i nie tylko.
Włóczyłem się latami po całym świecie, mieszkam prawie od urodzenia w
Krakowie i tu działam, ale najlepiej czuję się w rodzinnym Dynowie.
Dłużej o wspinaniu:
Wspinam się od 1980 roku. Miałem wtedy 15 lat i blade pojęcie na czym ma polegać ta
zabawa. Przeszedłem klasyczne stopnie wtajemniczenie: kurs skałkowy i
tatrzański, samodzielnie Tatry w lecie i później w zimie. To zajęło mi
4 lata i cieszę się, że je przeżyłem bez wypadku.
Później jak to zwykle bywa: Dolomity i Alpy. Spędziłem tam wiele
sezonów latem i zimą, zrobiłem wiele dróg na mniejszych i większych
ścianach. Po sześciu latach intensywnego wspinania i ukończeniu
stosownych kursów zostałem instruktorem PZA (wówczas najmłodszym w Polsce).
No i wtedy już zdałem sobie sprawę, że tak będzie wyglądało moje życie.
Zrobiłem do tej pory gdzieś z tysiąc dróg w Tatrach latem i zimą, w tym
kilka nowych mojego autorstwa, ponad setkę dróg w Dolomitach i Alpach.
Kilkoma z nich można się nawet pochwalić: Pająki na Kazalnicy
klasycznie, Superdirettissima Kazalnicy w zimie w 1,5 dnia,
Łapiński-Paszucha na Kazalnicy w zimie w 5,5 godz., Filip i Flamm na
Civettcie w 8,5 godz., Hasse-Brandler na Cima Grande di Lavaredo,
pierwsze polskie przejście Czerwonego Filara na Tofana di Rozes to
takie pierwsze z brzegu.
Generalnie najbardziej odpowiada mi wielodniowe wspinanie w dużych ścianach.
Z czasem zaczęły się dalsze wyjazdy.
Pierwszym i na pewno wielkim doświadczeniem była wyprawa do Patagonii
(Argentyna) w 1986 roku. Pojechaliśmy tam aby zrobić nową drogę na
Cerro Tore. Nic z tego nie wyszło. Przerzuciliśmy się na sąsiedni 1200
metrowy filar Aig. Pouancenot, ale przez miesiąc mieliśmy zaledwie 3
dni pogody i trzeba się było zwijać...
Natomiast niewątpliwym sukcesem zakończyły się nasze ostatnie dwa wyjazdy:
Z ekipą wspaniałych przyjaciół wybraliśmy się do Mali (Zachodnia
Afryka) i tam zrobiliśmy nową drogę na Kaga Tondo w masywie Ręki
Fatimy. To niewiarygodne, ale prawie z piasku i kamieni półpustyni
wyrastają tam 600 metrowe pionowe, piaskowcowe ściany. I środkiem
największej z nich poprowadziliśmy nową drogę. Kilkanaście wyciągów
wspinania, z których tylko kilka pierwszych poniżej 6, a najtrudniejszy
7a+ i 2xA0. A wszystko to w palącym słońcu zwrotnikowej Afryki.
Ten sukces tak nas zmobilizował, że w tym samym, zaprawionym w bojach
składzie, pojechaliśmy na Madagaskar. Kilka lat temu odkryto tam
800-metrowe, granitowe ściany, nietknięte przez wspinaczkową gawiedź.
K. Albert i B. Arnold zrobili tam pierwszą drogę i środowisko obwołało
masyw Tsaranoro "nowym Yosemite". Rzucili się tam robić nowe drogi i
K.Albert z B.Arnoldem i M. Piola i L. Hill. No i my także. Znowu nam
się udało. Zrobiliśmy dwie nowe drogi, przy czym ta druga naprawdę
honorna. 600 metrów idealnie pionowego granitu bez najmniejszej
ryseczki. Trudności od 6a (najłatwiej, pierwszy wyciąg) do 7b+ (7a
obligat.), przy czym tylko kilka było poniżej 6c.
Wszystko to w zasadzie spokojnie i bez zbędnej szarpaniny w prawdziwie rajskim otoczeniu.
I właśnie podczas ostatnich wypraw zaczęła mnie drążyć taka myśl: co ja
robię w garniturze za biurkiem? Przecież moje miejsce jest zupełnie
gdzie indziej.
Stąd już była krótka droga do powrotu na stałe w skałki i góry.
Przy okazji wypraw, wędrówek i włóczęgi po świecie poznałem realia, ludzi i ciekawe miejsca.
Zaowocowało to pomysłem na trekkingi i wyjazdy dla ludzi wymagających czegoś więcej
niż zatłoczone plaże i tłum zblazowanych białasów w otoczeniu japońskich wycieczek
typu "Europa w 5 dni". Nie mam na myśli wypraw wspinaczkowych (chociaż i takie prowadzę),
ale wyjazdy dla zwykłych ludzi. Może nie do końca zwykłych, bo trzeba mieć
jakąś "iskrę Bożą", żeby wybrać się do Afryki nieskomercjalizowanej.
Zdecydowanie najciekawszą i najbardziej wymagającą jest wyprawa samochodowa po Mali.
Ale naprawdę warto. W każdym razie ja jeszcze nic bardziej magicznego nie spotkałem...
do zobaczenia w skałkach, Tatrach, Dolomitach, Alpach, Afryce itd. itp.
powrót na początek
|
|